Jemy w Łodzi - restauracje w Łodzi, opinie, recenzje, wydarzenia

You are here:
Today isśroda,26wrzesień,2018

5 gastronomicznych trendów, które powinny spłonąć

Share

5 gastronomicznych trendów, które powinny spłonąć

Uwielbiam chodzić do restauracji. Uwielbiam jeść i uwielbiam spędzać czas w miejscach, w których jedzenie jest najważniejsze. I chociaż wiele wybaczam, nie irytuję się łatwo, to są rzeczy, które w gastronomii doprowadzają mnie do szału i które natychmiast powinny odejść w kulinarne zapomnienie.

Rukola, sos balsamiczny, kwiatki i ziółka

5 gastronomicznych trendów, które powinny spłonąć

Zacznę od rukoli, bo to ona boli mnie najbardziej. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że dostaję ją do wszystkiego i we wszystkim, co jem. Jakby była jakimś kulinarnym kameleonem pasującym do każdego dania świata, chociaż absolutnie, ani trochę nie jest. Ta niepozornie wyglądająca roślinka o bardzo charakterystycznym smaku ma oczywiście swoje miejsce w gastronomii, ale mam wrażenie, że stała się odpowiednikiem zasmażki z bardzo starego i nieśmiesznego skeczu kabaretu OTTO – nieważne, co zamawiasz, możesz mieć pewność, że dostaniesz to z rukolą. Rukola w gorącej kanapce, z której wyciągasz jej zdechłe, łykowate zwłoki niczym grube, zielone włosy? Oczywiście! Rukola rzucona bóg wie po co na porcję polskich pierogów z okrasą? Jak najbardziej! Rukola jako uniwersalna odpowiedź na pytanie „czym to udekorować?” powinna natychmiast odejść w zapomnienie. I zabrać ze sobą sos z octu balsamicznego, którego mazami polewa się wszystko oraz kwiatki i mikro zioła stosowane zupełnie bez pomysłu jako najmniej oryginalny i bezużyteczny dekor od czasów natki pietruszki i kwiatków z marchewki. Bo w 9 na 10 przypadków żadna z tych rzeczy nie jest wykorzystania w sposób, który wnosi cokolwiek do dania.

Hurtowe ilości słomek w napojach

5 gastronomicznych trendów, które powinny spłonąć

Wsadzanie do szklanki z napojem więcej niż jednej słomki nie jest ani praktyczne ani ekologiczne. Jeśli o mnie chodzi, to w imię minimalnego ukłonu w kierunku naszej planety, ze słomek w napojach można by zrezygnować całkowicie. Większość dorosłych ludzi powinna sobie bez problemu poradzić z wypiciem każdego napoju prosto ze szklanki, ale znam gastronomiczne realia i wiem, że to mało prawdopodobne. Mimo to można sobie naprawdę darować wkładanie do szklanki więcej niż jednej słomki oraz wszystkich innych plastikowych dodatków, które nie służą niczemu poza zmuszeniem gości do wygibasów mających na celu niewykłucie sobie nimi oka.

Dania w akompaniamencie i hasztagowe opisy

5 gastronomicznych trendów, które powinny spłonąć

Kotlet wieprzowy otulony chrupiącą skorupką z domowej, tartej bułki, w akompaniamencie lokalnych warzyw bulwiastych podany na lekkiej, kapuścianej pierzynce, to nadal tylko schabowy z kapustą i ziemniakami. Natomiast danie opisane #orkisz #burak #makrela #czekolada może być dosłownie wszystkim, chociaż brzmi jak niezły śmietnik (przy czym „#” to tylko wariacja na temat „/” albo zwykłego przecinka). Na gwizdek mam tracić czas waszego kelnera na wyjaśnianie mi, co znaczą enigmatyczne albo przekombinowane opisy dań w karcie, skoro mogłabym rozszyfrować je sama, gdyby napisane były logiczną polszczyzną?

Deski, łupki i głębokie talerze

5 gastronomicznych trendów, które powinny spłonąć

Ja naprawdę rozumiem, że prezentacja dania jest ważna. Naprawdę. Sama zresztą rozpływam się nad pięknie podanymi potrawami. Ale kiedy odbywa się to kosztem funkcjonalności i wygody samego aktu jedzenia, to jest to definicja przerostu formy nad treścią. Drewniana deska przesiąknięta sokiem z krwistego steka i nosząca ślady każdego pociągnięcia nożem, którego dopuścili się na niej wszyscy goście restauracji, którzy z tej samej deski jedli wcześniej przyprawia mnie o mdłości. Przeciągnięcie widelcem po chropowatej powierzchni łupkowego talerza podnosi gęsią skórkę na karku. A podawanie mięsa wymagającego krojenia na dnie głębokiego talerza o szerokim brzegu odbiera mi ochotę do jedzenia. Naprawdę dajmy szansę normalnej zastawie. Na niej też można wyczarować piękne potrawy.

Nietrafione wizyty kontrolne

5 gastronomicznych trendów, które powinny spłonąć

Bardzo szanuję fakt, że standardy w zakresie obsługi gości w restauracjach nieustająco są coraz wyższe. Cieszę się, że pewne elementarne zasady, jak wydawanie dań w odpowiedniej kolejności czy podstawowe uprzejmości stały się normą w większości restauracji. Jednakże znajomość tych zasad to jedno, a ich umiejętne stosowanie to zupełnie coś innego. Chyba najgorzej wdrożonym standardem obsługi gości są wizyty kontrolne. To ten moment, kiedy w trakcie posiłku kelner podchodzi do stolika i pyta o wrażenia z posiłku. A przynajmniej tak powinno wyglądać to w idealnym świecie. W gastronomicznych realiach, zwłaszcza w dniach i godzinach szczytu, wygląda to jednak bardziej jak obiad u babci, kiedy przysuwasz pierwszy kęs kotleta do ust i zanim go zjesz babcia już pyta, czy ci smakuje. Kelner pojawiający się przy stoliku z pytaniem, czy wszystko smakuje zanim zdążę chociażby spojrzeć na danie, które postawił przede mną minutę wcześniej to jedno. Jeszcze gorzej jest, kiedy kelner nie potrafi poradzić sobie z negatywną odpowiedzią na to pytanie. Kiedy widzę to przestraszone spojrzenie, jakim kwitowane są moje zastrzeżenia czy chociażby uwagi, to mam ochotę krzyczeć, że przecież sam pytał! Ja wiem, że wizyty kontrolne są przydatne i potrzebne (bo goście mogą chcieć coś domówić, bo mogą poczuć się zaopiekowani i takie tam), ale kiedy są tak totalnie nietrafione to przynoszą dokładnie odwrotny skutek i zostawiają po sobie większy niesmak niż te lekko przesolone ziemniaki, o których ośmielam się podczas takiej wizyty wspomnieć.