Jemy w Łodzi - restauracje w Łodzi, opinie, recenzje, wydarzenia

You are here:
Today isśroda,18wrzesień,2019

Kto czaruje w kuchni restauracji Lili?

Share

Restauracja Lili

W artykule podsumowującym Festiwal Dobrego Smaku zapowiadaliśmy, iż oddzielną wizytę złożymy restauracji Lili. Specjalnie dla Was współpracująca z Jemy w Łodzi Emilia porozmawiała z Lilianą Filipiak - właścicielką, a zarazem szefową kuchni lokalu.

Przyszedł najwyższy czas na gwiazdę, czyli pełną odsłonę zwycięzcy Festiwalu Dobrego Smaku 2012. Mowa oczywiście o Restauracji Lili, która to już po raz drugi stanęła na najwyższym podium. Nazwa ich dania festiwalowego była chyba najdłuższa w całym konkursie. Być może zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że to lekki przerost formy nad treścią, ale nic z tych rzeczy. Znam to miejsce nie od dziś i słynnego musu z pstrąga spróbowałam już pierwszego dnia Festiwalu, żeby się przekonać, jaką niespodziankę dla zmysłów przygotowała dla swych gości właścicielka i szefowa kuchni, Liliana Filipiak. Okazało się, że nasza polska, tradycyjna kuchnia nie musi być ani nudna, ani szarobura, ani też tłusta. Z połączenia najprostszych, rodzimych i bardzo zdrowych składników, takich jak pstrąg, marchewka, jęczmień i soczewica, powstała dosyć kontrowersyjna, ale zarazem finezyjna kombinacja. Zostaliśmy zaproszeni do smakowitej przygody z kolorami na talerzu i jeśli nie mieliście okazji jej przeżyć, to koniecznie wybierzcie się w któryś piątek na Roosevelta 10 (zasady gry są w dalszym ciągu takie same - 10 PLN za danie festiwalowe!). Dla mnie odkryciem wizualno-smakowym tego dania było puree z młodego jęczmienia; absolutna rewelacja. Ekipie Lili natomiast jeszcze długo będzie się śnić po nocach sam pstrąg w jego zaskakującej formie i marchewka krojona pod linijkę.

Restauracja Lili to naprawdę magiczne miejsce, a jeszcze bardziej odczułam to, gdy poznałam jego sekrety. Czarna podłoga i sufit, w kontraście do białego mieszkania właścicielki, oddają wielobarwny charakter jej osoby. Żaden przedmiot nie znalazł się tu przypadkowo i kryje w sobie własną historię. Zwróćcie uwagę na bar - ścianę z bardzo starego mieszkania przy Piotrkowskiej i na szafki tuż obok, po które trzeba było wystać swoje w kolejce. Są też zdjęcia dziadków, osobiście przytachana z manufaktury kolumna czy choćby tajemnicza walizka od jednego z gości, który po prostu chciał tam zostawić jakąś cząstkę siebie. W ten sposób ze sterty gruzu, po nocach ciężkiej pracy i przy ogromnym zapale i determinacji powstało miejsce, gdzie pasja i miłość do gotowania są podstawowym składnikiem każdego dania w karcie.

Ich pomysłodawczyni to wschodząca gwiazda, laureatka ‘Selekcji Bocuse d'Or Poland’ oraz finalistka ‘Norge & Food Service Chefs’ Competition-2011’, uczennica Kurta Shellera i studentka prestiżowej szkoły kulinarnej Paul’a Bocuse’a we Francji. Kulinarną podróż zaczęła w wieku 5 lat, kiedy to przygotowała swoją pierwszą kolację. Od tamtego czasu kuchnia już na stałe zagościła w jej życiu. Podglądała babcię, mamę i ciocię. Testowała swoje dzieła na sąsiadce. Rozsmakowywała znajomych w szkole i na studiach. Powinna też opatentować swój oryginalny jak na tamte czasy pomysł na rosół na wędzonce, zanim pojawiła się pierwsza taka kostka Knorra. Teraz zachłyśnięta jest tradycyjną kuchnią polską. Powraca do korzeni, ucierając ciasto jak kiedyś robiły to nasze babcie i produkując leniwe na starej, metalowej maszynce. Dużo czasu spędza też na łąkach w poszukiwaniu jadalnych, rodzimych ziół. To kolejna fascynacja, którą mam nadzieję będziemy mieli okazję wspólnie odkryć w nowej karcie. Słodkie zioło o smaku zielonego jabłuszka już do mnie przemawia.

Liliany Filipiak nie nazwałabym po prostu szefową kuchni. To prawdziwa artystka, która poszukuje inspiracji w otaczającym ją świecie i tworzy coś specjalnie dla widza. Czasem budzi się w nocy z gotowym pomysłem. Często rysuje 'projekt' nowej potrawy, a potem taki szkic realizuje w kuchni. Niejedna osoba chciałaby się też pewnie znaleźć w posiadaniu słynnego notesika z przepisami, które wpadają jej do głowy w najmniej oczekiwanych momentach (jest tam na przykład emulsja z jajek z chabrami).

Cieszy mnie fakt, że w Restauracji Lili bardzo ważne jest samopoczucie gości i indywidualne podejście do każdej osoby. Mamy się tam poczuć przede wszystkim swobodnie, możemy otwarcie wyrazić opinię o serwowanym jedzeniu, a nawet zamówić danie stworzone specjalnie pod nasze kubki smakowe. Zaproście szefową kuchni do stolika i wyczarujcie coś razem. Cieszy mnie też wygrana kobiety i mam nadzieję, że o feminizm mnie tu nikt nie posądzi. Tym bardziej, że wszyscy dookoła i w sumie ja też wychwalamy mężczyzn jako najlepszych szefów kuchni. Symbolicznym pozostanie dla właścicielki fakt podpisania umowy w dniu 4 czerwca w dwudziestą rocznicę wolnych wyborów w Polsce. Tego właśnie dnia, jako wolna kobieta, zaczęła swój biznes i jak sama mówi porwała się wtedy z motyką na słońce. Możecie ocenić teraz rezultaty podjętej wówczas samotnie walki. Czekają na Was wariacje rozmaitych kuchni, w tym szczególnie polecana francuska zupa cebulowa z receptury Kurta Schellera i popisowe danie szefowej kuchni, czyli wiodąca prym polędwiczka wieprzowa w nori z placuszkami, jabłuszkiem, kozim serem, przysmażonymi boczniakami i salsą z truskawek w ostrym sosie z pieprzem. Od poniedziałku do piątku w godzinach 12 – 15 serwowane są też obiady dnia i są to na ogół bardziej polskie specjały i to w bardzo przystępnej cenie (zupa plus jedno z dwóch dań do wyboru za jedyne 13 PLN). A już w najbliższą sobotę, w Dzień Ojca, Restauracja Lili zaprasza na odkrycie smaków nowej karty, gdzie każdy z Was powinien znaleźć coś dla siebie.