fbpx

Nie odwiedzamy nowych restauracji, to wrócimy pamięcią do tych starych, często już nieistniejących. Będzie grubo – w pierwszym odcinku cofniemy się aż do mrocznych lat osiemdziesiątych.

Z racji wieku to mnie przypadło pierwszeństwo we wspominaniu. Weźcie coś do jedzenia, bo to będzie długa podróż. Zaczniemy ją w czasach komuny: to wtedy, kiedy mięso było na kartki, pomarańcze na święta, o wódka od 13.00. Nie jestem taka stara, żeby opowiadać o lokalach klasy S czy wystawnych bankietach. Moje najlepsze skojarzenia z dzieciństwa związane z restauracjami to Pepsi w szklanej butelce, którą piłam tylko tam i której gaz zatykał oddech, przepiękne dekory z marchewki, devolay, z którego wypływało masełko i prawdziwy hit – medalion z ananasem i zapieczonym żółtym serem. 

fot. fotopolska.eu

Pierwszym lokalem, jaki pamiętam była pizzeria Papa Lolo, która funkcjonuje do tej pory! Były tam bujane drzwiczki jak w westernie i pizza na grubym cieście z zielonym groszkiem. Pycha! Obok kawiarnia Bez dymka z zakazem palenia, czyli istny fenomen jak na tamte czasy. Tam moi nałogowi rodzice nie chodzili, pamiętam za to wizyty w Europie, Peszcie z kuchnią węgierską przy Piotrkowskiej 24, Zodiaku w okolicach Łagiewnickiej, Karl-Marx-Stadt na Widzewie czy Nad Łódką (obecny Cud Miód na Włókniarzy – mam nawet menu z przyjęcia!). Najfajniej było jednak w Złotej Kaczce (jeszcze wtedy przy Piotrkowskiej) –  i wystrój był taki egzotyczny i pałeczki, którymi nikt nie potrafił jeść i kręcący się talerz na środku. 

Czas porzucić rodziców i wyruszyć z dzieciakami z podstawówki na rurki z kremem do Magdy, wuzetkę do Ireny (wieczorem były tam dancingi, a później dyskoteka Domino) i najlepsze na świecie kręcone lody (tak wtedy myślałam) w bramie obok … Colegium Anatomicum. Z punktu widzenia dzisiejszego marketingowca była to najgorsza lokalizacja świata – małe, samotne okienko w wielkiej ścianie kamienicy na końcu smutnego podwórka. Czy ktoś to jeszcze pamięta? W okolicach Placu Dąbrowskiego zostanę na dłużej, ponieważ tu przez lata krzyżowały się ścieżki kolejnych szkół: jedynki (podstawówki), dwunastki (liceum) i eksocu. Tak więc poza lodami, była tam kawiarnia Teatralna w Teatrze Wielkim, Morfeusz w Domu Aktora i Kreps. Nie wiem, jaka była oficjalna nazwa, ale potoczna pochodziła od napisu Crepes, bo rzadko kto wiedział, co to znaczy i naleśniki w menu wcale nie były dla nas podpowiedzią 😉

fot. fotopolska.eu

Myślę, że do Krepsa mogłyśmy już chodzić na wagary, ale z urywaniem się ze szkoły najbardziej kojarzy mi się Pera na Narutowicza. W sumie to było trochę kuriozalne, bo była to kawiarnia urządzona w złocie i marmurach. Miała jednak bardzo ważną zaletę – była czynna od samego rana. Jej właściciel (czy on miał na imię Rysiu?) był prekursorem łódzkiej gastro – zainstalował w Perze piec do pizzy opalany drewnem, a karaoke ogarniali tu Michał Wiśniewski i Jacek Łągwa z Ich Troje (wcześniej  stacjonowali w Wall Street). Tak, znałam MICHAŁA WIŚNIEWSKIEGO zanim został sławny i był bardzo fajnym kolesiem. Wagary to też bardzo sporadycznie Kurant na Placu Wolności, Restauracja Polska, bar nad Magdą (tam kelnerka opieprzyła mnie, że złamałam plastikowe mieszadełko do drinka, które przecież nie jest jednorazowe), ale przede wszystkim Beroko (potem przez wiele lat był tam Quo Vadis, a obecnie American Steak&Burger). To lokal, które reklamował się, że ma klimę, co faktycznie było wówczas ewenementem J Zajmowałyśmy tam stolik na samym końcu, tuż przy zejściu do toalety i spędzałyśmy tam tak dużo czasu, że mojej przyjaciółce Marii zaczęli zostawiać monety za kibel.

A gdzie na jedzenie? Zapiekanki czy burgery na Placu Dąbrowskiego, w budkach na rogu Kopcińskiego i Narutowicza oraz na dworcu Łódź Fabryczna, gdzie była również Bonanza obok sklepu z kasetami Lady Peron. Na pizzę, jeszcze w podstawówce, do baru, który znajdował się w kinie Bałtyk (tam też piłam pierwsze piwo – tak, było piwo w kinie, mało tego – sprzedali nam je w 7 klasie!), potem do In Centro (właścicielka uczyła mnie WF-u w liceum), a w odmętach pamięci przebija mgliste wspomnienie o pizzerii z Jaracza (blisko Piotrkowskiej). Nazywała się chyba The Moon, pierwszy raz jadłam tam calzone i było to niebo w gębie. Liceum to również czasy powstania Sphinxa i Marhaby. Te lokale wyglądały bardzo podobnie, tak samo z menu, chociaż swój głos oddałabym Marhabie. Na tamte czasy były to miejsca, które wyróżniały się wystrojem i menu, no i porcje były wówczas ogromne (a może by tak z sentymentu wpaść na shoarmę zapieczoną z serem?).

Balaton

Wrócę jeszcze na chwilę do burgerów – tych, do których dostawało się widelczyk do wyjedzenia surówek z wierzchu 🙂 Tak wyglądał street food w wersji z lat 90. I wtedy otworzył się pierwszy McDonald’s oraz Winner’s, czyli jego podróbka w budynku Balatonu przy Struga (obecnie jest tam Stokrotka, ale po drodze było tam kilka wyjątkowych lokali, które zasługują na odrębny artykuł). Nie wiedzieć czemu, świątynię burgerowej komercji upodobali sobie do spotkań łódzkie punki. Też tam byłam, tanie wino piłam, ale o imprezowej stronie Łodzi i kultowych łódzkich pubach powstanie następny tekst. Czy jest tu ktoś w moim wieku, który pamięta wszystkie te miejscówki? Piszcie, będzie mi mega miło.

Tekst dedykuję wspomnianej Marii – miło było wrócić pamięcią do tych miejsc 🙂

Iza

Podobne posty

Makaron z CBD, pappardelle o smaku zalewajki, a do tego zmieniający kolor „magiczny eliksir” – to ...
W Łodzi trwa jesienna edycja festiwalu Restaurant Week, która dla nas stała się idealną okazją do ...
Za nami piąta, a zarazem urodzinowa edycja Jemy w Łodzi Food. Było mnóstwo świetnego jedzenia, super ...

2 Comments.

Comments are closed.