fbpx

Jedzenie z dostawą w Łodzi fot. sxc.hu

Choć uwielbiam gotować, to zdarzają się oczywiście dni, kiedy nie mam ochoty patrzeć na garnki. Próbuję wtedy zamówić coś do jedzenia z dostawą do domu. Okazuje się zazwyczaj, że poza pizzą wybór jest naprawdę nędzny.

 

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie smutne doświadczenia ostatnich kilku dni spędzonych w łóżku z wysoką gorączką, duszącym kaszlem i w ogólnych, niczym niezasłużonych, straszliwych mękach. Nie miałam siły kiwnąć palcem, o gotowaniu nawet nie wspominając. Zaczęłam zatem przekopywać się przez oferty łódzkich restauracji poszukując możliwości zamówienia jedzenia z dostawą. Wnioski z tego procesu do wesołych nie należą.

Podstawowym pokarmem dostarczanym Łodzianom pod drzwi jest oczywiście pizza. Przede wszystkim z wersji lokalnej – na grubszym cieście, z mnóstwem dodatków i sosami. I dobrze. Smaczne to, pożywne i każdy lubi. Ale co jeśli na łódzką pizzę nie masz ochoty? Tutaj zaczynają się schody. Większość osiedlowych pizzerii oferuje oczywiście różnego rodzaju „inne dania”, ale (z nielicznym wyjątkami) nie nadaje się to do jedzenia w sytuacjach innych niż poalkoholowy głód o 3.00 nad ranem. Zapiekanki z mrożonki, gotowe makarony i kebaby w starych bułkach nie są tym, na co miałabym ochotę w trakcie choroby. Kilka pizzerii dowozi jednak przyzwoite, włoskie pasty czy sałatki, więc jeśli macie szczęście mieszkać w obszarze ich dostawy, to tylko pozazdrościć.

Kolejną opcją jest sushi i na nią właśnie zdecydowałam się pierwszego dnia choroby. Prawie każda łódzka „susharnia” dowozi swoje produkty do klienta, a porcję dla jednej osoby zamówić można już za niewiele ponad 20 zł wybierając zestawy lunchowe (np. w Sushi Kushi). Problem jest tylko taki, że choć sushi uwielbiam bez granic, to ile tego można zjeść?! To wada „monotematycznych” lokali takich jak pizzerie, kebabownie czy właśnie susharnie – oferują tylko jeden rodzaj jedzenia, więc zamawiać z nich można tylko raz na jakiś czas.

Przeglądając oferty na PizzaPortal.pl czy Pyszne.pl szybko zorientujecie się, że trzecią obok pizzy i sushi opcją są obiady domowe. Idealna propozycja na czas choroby. Domowa zupa na bulionie, sycące drugie danie, ziemniaki, suróweczka i jeszcze kefir przywiozą. Mam to szczęście, że mój ulubiony Sass Bar dowozi jedzenie w moje kozińskie rejony, ale z powodzeniem korzystałam też z usług Rajskiego Jadła czy Maćka. Nigdy się nie zawiodłam. Problem polega jednak na tym, że większość tych lokali zamyka się o 18.00, a o zamówieniu obiadu w weekend (zwłaszcza w niedzielę) możecie pomarzyć.

Szukając dalej szybko przekonałam się, że szału nie ma. Teremok, który kiedyś dostarczał mi najlepsze pierogi pod słońcem nie chce już jeździć z jedzeniem, a restauracje ze Śródmieścia nawet jeśli dowożą, to na bardzo ograniczonym obszarze miasta. Leżąc tak nękana okrutną gorączką i dokuczliwym głodem fantazjowałam o tym, że łódzkie food trucki zimą powinny robić rundki do klientów. Marzyłam o samochodach Street Menu albo Mobilnej Gastromachiny wjeżdżających na osiedla z irytującą muzyczką brzdąkającą z głośników, jak lodziarnie na kółkach w amerykańskich filmach. Rozmyślałam też o wszystkich lokalach typu delivery, jakich cały czas brakuje w naszym mieście: o dobrym jedzeniu azjatyckim, o przysmakach meksykańskich, zupach wszelakich i wielu innych pysznościach, które mogłyby zawitać u mych drzwi. Na razie pozostaje mi tylko fantazjować, a wam w chwili głodu polecam sprawdzić, czy mieszkacie w rejonie dostaw jeden  trzech (czterech właściwie) ciekawych restauracji oferujących dostawy, czyli Nienażarty, Ganesh albo Pit Stop Burger. Mój wniosek jest zaś taki, że najlepiej działa dostawa obiadów od mamy.

Podobne posty

Na to otwarcie czekałyśmy długo i niecierpliwie. Od kilku dni możemy już odwiedzać Phở by Lilly Tran ...
Drugi Montag przy Piotrkowskiej Choć nowy Montag przy Piotrkowskiej 111 działa już od jakiegoś ...
Wiosenna edycja Restaurant Week rusza już w środę Restaurant Week w Farina Bianco Z otwarciem ...