fbpx

Lata 90 – w Fabryce stałym gościem jest Pasikowski, wybucha bomba w Film Pubie, a Michał Wiśniewski prowadzi karaoke w Wall Street. Kto wyrusza w kolejną sentymentalną podróż po Łodzi? Uwaga – wstęp od lat 18! 🙂

Witajcie w latach 90, gdzie impreza trwa na okrągło. W mieście prawie nikt nie sprawdza dowodów osobistych (inaczej nie byłoby połowy tych wspomnień ;)), Piotrkowskiej zazdrości nam cała Warszawa, swój lokal otwiera Bogusław Linda, wszędzie pali się papierosy, a w piwnicznych pubach leje się piwo strumieniami i musi ono wystarczyć za cały wieczorny pokarm, bo w menu przy dobrych wiatrach są najwyżej tosty z serem. Startujemy!

fot. Fotopolska.eu

Od którego miejsca zacząć – Trolla, Fabryki, Wall Street czy Irish Pubu? Nie, zacznę od spotkania na Pasku, czyli Pasażu Schillera. Dziś trudno sobie wyobrazić, że okolicach pomnika spotykał się tłum młodzieży (w dużej mierze punków) i piło się tanie wino (o reszcie nawet nie wspominam). Ta sama ekipa przenosiła się w dwa miejsca przy Kościuszki – do Winiarni (obecna Biblioteka) i pubu, który nazywał się po prostu … Pub (Agata pamięta nazwę Czenko, ale nie możemy ustalić czy chodzi o tę samą miejscówkę). Pub był miejscem wyjątkowo speluniastym, a z tego co pamiętam, głównym umeblowaniem były skrzynki po piwie. Dla bezpieczeństwa dobrze tu było znać Strusia i Tysona 🙂 A jak człowiek był odrobinę starszy lub chciał przysiąść na czym wygodniejszym niż skrzynka, ruszał na podbój łódzkich pubów. Tak, lata 90. to moment świetności miejsc, gdzie życie zaczynało się późnym wieczorem i, co ważne dla mnie, nie trzeba było tańczyć;)

Nie jestem w stanie odtworzyć kolejności otwierania się poszczególnych lokali, ale pierwsze klubowe wspomnienia przywodzą na myśl Manhattan. Dziś to samo wejście na pierwszym piętrze w bloku od Sienkiewicza prowadzi do radia Eska (wcześniej siedzibę miało tu radio Manhattan – kolebka wielu łódzkich dziennikarzy). Lokal był piętrowy, na dole były koncerty, można było usiąść z piwem – po prostu na podłodze! I siedziałam tak ubrana w pofarbowaną sukienkę „od plastyków” i glany i byłam taka zbuntowana i dorosła 🙂 Wspomnienie numer 2 – Fabryka. Dojście przez dwa podwórka Piotrkowskiej, potem pierwsze piętro i przejście przez ochronę (taka niby selekcja, ale w zupełnie innym wymiarze). Centralną częścią był dostępny chyba z każdej strony bar – ulubione miejsce ekipy Pasikowskiego (lokal pojawił się oczywiście w którymś z filmów). Rożne były losy Fabryki – w czasach świetności przybywało jej  sal i parkietów, ale to już nie była moja Fabryka. Dla mnie kultowy był jej początek.     

Nie lubiłam i nadal nie lubię tańczyć, dlatego większym sentymentem darzę miejsca, w których życie toczyło się przy stoliku. Albo przy ławach lub długim barze, jak to było w Trollu (obecnie Koko, jeśli jeszcze istnieje, po drodze restauracja Vabank). Tu wiecznie panował tłok, miejsc brakowało, więc ludzie dosiadali się jedni do drugich – owocowało to wieloma nowymi znajomościami, ale nie raz także awanturą. Co ciekawe, w tym miejscu zaczęła się moja przygoda z gastro, a z Anią (współzałożycielką Trolla) współpracujemy i przyjaźnimy się do dziś. Ale wróćmy do lat 90. W tej samej bramie w piwnicach działał klub Cats’a ze striptizem. Nie wiem, o której był otwierany, ale na pewno zamykany był nad samym ranem (nawet zimą było już widno po wyjściuJ), więc o pewnej godzinie schodziły się tu niedobitki i niedopitki z całego miasta. W najbliższej okolicy były jeszcze trzy miejsca, które obowiązkowo trzeba było odwiedzić podczas nocnego obchodu Piotrkowskiej. Troll był bardziej rockowy, zaś położone w Pasażu Rubinsteina Quadlino raczej klubowe (czy było tam niebieskie światło czy to tylko obraz moich wspomnień?). Na 6 Sierpnia działał krótko, aczkolwiek burzliwie Film Pub – fajnie urządzona, nawiązująca do kinowych tradycji Łodzi miejscówka, która jednak musiała się zamknąć, gdy we wnętrzu wybuchła bomba (tak w Łodzi, nie Brooklynie!). Dla odmiany Irish Pub działa nieprzerwanie do tej pory. Oficjalnie można tam było wchodzić od 21 lat (bardzo to oburzało wyjątkowo dorosłych siedemnastolatków, na szczęście nikt nie egzekwował reguły). Tu było jak w prawdziwej Anglii – ściany w drewnie, nalewak z Guinnessem i przepiękne szkło z logo (tak, w pubach goście nagminnie kradli logowane szklanki czy popielniczki. Ale w tamtych czasach płaciło się również za stłuczenia). No i była oczywiście Kaliska. Ale żeby była jasność – Kaliska w moim świecie ma parter i tylko parter. Żadnych dyskusji.

Skręćmy w boczne uliczki od Piotrkowskiej. Przy Struga, w dawnym budynku Balatonu był Dublin. Klimat podobny do Irish, ale bardziej swojsko. Z boku zaś Belfast – nie wiem właściwe, dlaczego ta część miała inną nazwę. Tu również na przestrzeni lat dochodziło do zmian i coś mi się kojarzy, że wcześniej to miejsce nazywało się jeszcze inaczej. Buzz? W drugą stronę dochodziło się do Iron Horse (pub chyba powstał nieco później), ale przede wszystkim do Wall Street i Porto Bello. Tak, to w Wall Street Michał Wiśniewski z Jackiem Łągwą organizowali karaoke, zaprzyjaźnione towarzystwo zajmowało dziwną cześć znajdującą się kilka stopni w dół, tam też z chłopakami śpiewała Magda Famme i nikt wówczas nie podejrzewałby ich o późniejszą karierę. Do tej pory mam w uszach jej piosenki Bajmu i Krecika Wiśniewskiego, wtajemniczeni będą kojarzyć. A nad Wallem włoskie Porto Bello, gdzie nietypowo, obok spijania piwa, tańczyło się i jadło (obowiązkowo pizzę).  

To miejsca, w których regularnie podpisywałam listę obecności, ale były też puby, które nie zapisały się specjalnie na mojej trasie: John Bull (obecnie Jack’s Bar), Dada (ja pamiętam jeszcze tę z Placu Dąbrowskiego) czy Café Lura. Stary Bagdad i Szafę wspominał z dużym sentymentem, ale te miejsca kojarzą mi się bardziej z wagarami, niż wieczornymi wypadami. Poza centrum fajny klimat miało Atelier u Anioła, z nieco późniejszych można wspomnieć też o Siódemkach, Funaberyi, Lizard King, Quo Vadis czy Riff Rafie. Na koniec jeszcze na chwilę odskoczymy od Piotrkowskiej. Pamiętacie La Stradę i Wampira z Żeromskiego? W tym ostatnim w pewnym momencie spędzałam tyle czasu, że wraz z całą ekipą wstęplowaliśmy sobie do dowodów firmową pieczątkę. Uważaliśmy, że to świetne jajo. Niedługo później, już po studiach, trafiłam na praktyki do TV Toya i pojechałam z ekipą na spotkanie z premierem Millerem. Przed wejściem ochroniarz z BOR-u długo wertował mój dokument tożsamości, spoglądając raz na mnie, raz na ociekającą krwią pieczęć, a ja tylko myślałam o tym, czy ta profanacja grozi mandatem 🙂

Iza

Podobne posty

Sielski dworek czy wiejski ogród? Jedno i drugie! Dziewczyny z Tubajki stworzyły przepiękne miejsce. ...
O lodach było już w tym roku sporo, ale nic o tajskich. Więc jest, a Rolersi mają jeszcze do tego ...
Próchnika 53 – zaledwie 10 minut spacerem od Piotrkowskiej, by zaliczyć kolejne gastro otwarcie w ...

7 Comments.

Comments are closed.