fbpx

Fot. Le LOFT

Stosunkowo rzadko publikujemy na Jemy w Łodzi recenzje z lokali, nie oznacza to jednak, iż regularnie nie odwiedzamy łódzkich restauracji. Po prostu nie chcemy zanudzać Was letnimi komentarzami o niczym niewyróżniającym się , poprawnym jedzeniu czy wystroju. Do tej pory chwaliliśmy, dziś padną pierwsze słowa krytyki i niestety oberwie się restauracji Le Loft.

Początek zapowiadał się fajnie – może wnętrze nie powala oryginalnością (jestem w trakcie remontu, więc świetnie rozpoznaję dodatki z Ikei), ale jest naprawdę miłe, ciepłe i przytulne. Do tego równie miła kelnerka – jeśli coś (właściwie ktoś) uratowało tamtą kolację, to właśnie ona.

Najpierw spojrzenie na kartę. Co w Łodzi nietypowe, restauracja zaczyna pracę we wczesnych godzinach porannych, dzięki czemu znajdziemy w menu dość obszerną ofertę śniadaniową (plus numer 1). Są w niej ciabatty, tosty i śniadaniowe zestawy w cenie nieprzekraczającej 10 zł (plus numer 2). Z innych propozycji w podstawowej karcie znajdziemy jedynie kilka sałatek i makaronów, za to codziennie oferowane są dania dnia. Pamiętnego wieczoru były to klopsy z kaszą gryczaną lub de volaille w zestawie z kremem brokułowym. Zdziwiłam się nieco, że mąż wybrał klopsy zamiast kurczaka, ale skusiła go kasza gryczana z sosem. Niestety – ta właśnie się skończyła (wspomniany zrobił smutną minę, a ponieważ nie jest typem klienta awanturującego się, potulnie zgodził się na opcję ziemniaki). Zaczęliśmy od kremu – bardzo przeciętnego w smaku (jak dla mnie był przede wszystkim za rzadki i kiepsko doprawiony). Dopiero zaczęliśmy jeść, a na stole już pojawiły się drugie dania – kelnerka tłumaczyła, że kucharka ma dużo pracy i się pospieszyła. W pośpiechu jedliśmy więc zupę, ale jak się okazało, nie było do czego tak pędzić. Kotleta nawet nie spróbowałam, bo … nie udało mi się go ukroić (próbowałam z dwóch stron, a także w środku, który się jedynie zapadł pod nożem). W tym momencie większość słuchających tej historii zaczynało wątpić – jak to, nie można pokroić piersi z kurczaka? Mam świadków – jest to możliwe (albo to nie był kurczak). Do tego dania wyjątkowo małe – dwa pulpety z dwoma ziemniakami, de volaille również o połowę mniejszy od przeciętnego.

Chyba drugi raz w życiu zwróciłam danie do kuchni (ja też nie jestem klientem awanturującym się, narzekam pod nosem, co najwyżej robię głupie miny i się dąsam, ale i tak grzecznie jem, co mi dają). Muszę przyznać, że reklamacja została bez słowa uwzględniona i gratis dostałam nowe danie (tym razem pierś w migdałowych płatkach). Do opisania całej sytuacji na pewno skłoniła mnie ilość wpadek, ale jeszcze jedna refleksja. Czy osoba pracująca w kuchni na pewno jest zawodową kucharką? Mogę zaryzykować stwierdzeniem, że sama lepiej przygotowałabym każdą z podanych potraw, a za mistrza patelni wcale się nie uważam. Znam się na gastronomii (także od strony zaplecza), ale kucharką jestem mocno przeciętną, w przeciwieństwie do partnerki z duetu Jemy w Łodzi. Jak wiele osób związanych z branżą gastronomiczną mam stosunkowo dużą tolerancję na wpadki (pewnie to tylko dziś mieli kiepski dzień, więc nie będę ich obsmarowywać), ale na miejscu właścicieli zrobiłabym mały test umiejętności kucharzy. Nie chodzę do restauracji, aby jeść gorzej niż w domu, także zmywanie nie jest tyle warte.

Podobne posty

Zimowy grill, sycące gulasze, grzane wina i bombardino – od piątku do niedzieli wraz z lokalami przy ...
Bardzo kibicujemy miejscom, które wnoszą do łódzkiego gastro zupełnie nową jakość. Taka jest właśnie ...
W niedawno otwartym bistro liczy się prostota i lokalne, sprawdzone składniki. Co ważne, fajne ...